Joga - medytacja

September 10, 2017

Coraz częściej słyszę skrajne głosy dotyczące pytania; „Czym jest joga?”.
Dla jednych to jedynie aktywność sportowa, połączona (zazwyczaj) ze zdrowym trybem życia.
Dla innych – religia; z cała masą zasad, hierachii i innych atrybutów typowych dla nurtów religijnych.
A jaka jest prawda? jak zwykłe, leży po środku.
Według wszelkich źródeł – joga to nurt filozoficzny.
W tradycji hinduistycznej – oparty na związku ciała z umysłem.
W tradycji naszej kultury – łatwiej akceptujemy tę filozofię w związku z naszym ciałem, jego sprawnością i kondycją, a kwestie „umysłowe / duchowe „- kojarzymy raczej ze sprawami religijnymi. Większość z nas przez okres naszego dzieciństwa wychowana została w naszej kulturze, i dlatego nasze nowe doświadczenia stosujemy do wzorców istniejących już w naszej psychice – rozdzielamy sprawy ciała od spraw umysłu.
I właśnie to sprawia, że opinie na temat jogi są tak skrajne.
Temat trudny i niewiele jest osób wychowanych w naszej kulturze, które potrafią przyjąć tę równość pomiędzy ciałem i umysłem.
Ostatnio przeczytałam dwa teksty dotyczące jogi, które zainspirowały mnie do napisania tego wpisu.

Jeden tekst napisał instruktor jogi. W jego tekście zmartwiły mnie stwierdzenia o niedoskonałości mej duszy, o jej niezrównoważeniu i potrzebie opieki ze strony „ojca duchowego” na drodze mej praktyki. To „zapachniało” mi religią. W filozofii jogi – pomiędzy uczniem a nauczycielem, istniej synergia. Uczeń – uczy się od mistrza, ale też mistrz – uczy się od ucznia. Tu nie ma podległości, jest wymiana myśli, energii,  umiejętności dla każdej strony. Każdy napotkany człowiek może być zarówno naszym Mistrzem jak i Uczniem. Oboje się uczymy i wzajemnie zyskujemy na tej wymianie.  Jednak w naszej kulturze – pełnej autorytetów, hierachii, z wyznaczoną ścieżką kariery i drogi życiowej, większości z nas trudno jest uwierzyć, że spotkanie z np. bezdomnym; wysłuchanie i porozmawianie z nim – może być korzystne dla naszego rozwoju.

Drugi tekst, opublikowany na stronach poświęconych Religii Chrześcijańskiej, dotyczył „jogicznej medytacji”. Młoda dziewczyną, naczytała się książek / artykułów o zaletach medytacji w jodze i postanowiła „medytować”.  Z tego co wyczytałam w tekście dowiedziałam się, że jej praktyka medytacyjna polegała na tym, że siadała i „medytowała, medytowała, medytowała i … wpadła w czarną dziurę, która ją pochłonęła”. Hmm, też bym ześwirowała gdybym tak próbowała „medytować”.  Wyobraź sobie, każdego dnia siadasz i …. dajesz się opanować myślom, które cały czas przelatują przez Twoją głowę. Czekasz na „samadhi”,  a cały czas myślisz o złych ocenach w szkole albo o wrednym szefie w pracy, i zamiast „wyzwolenia” – coraz więcej złych myśli i emocji, i coraz więcej tych złych myśli; z samotności, braku rozmowy z bliskimi, niewygodnej pozycji ciała. Każdy „zeświruje” w takiej sytuacji (ostatecznie na tym polega wiele tortur). Tylko, że to nie była  „jogiczna medytacja”, lecz jakieś jej wyobrażenie z naszej kultury. Nierealne marzenie, że spłynie „duch święty/samadhi”, który da oświecenie/wyzwolenie  – bo przecież siedzi się; w niewygodnej pozycji i myśli o trudnych sprawach.
Jogiczna medytacja – to trudny i długotrwały trening, ale o tym – innym razem.

 

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

​© 2019 by AWA Studio

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now